FANDOM



Nawet gwiazdy płaczą razem z tym, kto płacze w nocy.

—Talmud


1

Spadające Gwiazdy

W Ishvan powiadają, że błyszczące na nocnym niebie gwiazdy symbolizują każdego żyjącego człowieka. Tej nocy jednak nieboskłon pokrył deszcz spadających istnień, których ogień wypalił się na wieki, pozostawiając po sobie tylko świecący ślad na pożegnanie. Szkarłatne światło rzucane przez księżyc potęgowało przerażenie uciekających w popłochu mieszkańców. Każdemu kolejnemu wybuchowi towarzyszył przeraźliwy huk. Nikt jednak nie próbował spojrzeć za siebie. Mało kto miał odwagę, by podnieść głowę i zobaczyć deszcz gwiazd spadających ze sklepienia. Wrzask potwora odbijał się echem w ich głowach. Czuli, że nie mają szans, ale przy życiu trzymał ich jeszcze cień nadziei, blaknący teraz w świetle płomieni. Okrutny żywioł pochłaniał wszystko, co tylko zdołał schwytać w swoje objęcia.
- Prędzej! - szarpnęła chłopca za rękę i pognała z dziećmi w ciemny zaułek. Jedyny, w którym nic jeszcze nie płonęło. Wiatr jednak i tu przywiódł zapach śmierci.
Pod jedną ze ścian ślepej uliczki ustawione były skrzynie. Wepchnęła na nie dzieci i kazała skakać przez mur, mając nadzieję, że po drugiej stronie będą bezpieczniejsze. Ryk demona był jednak coraz wyraźniejszy i głośniejszy.
- Uciekajcie, już!
Chłopiec zaczął się wspinać. Dziewczynka stała na jednej ze skrzyń sparaliżowana widokiem Deliory, który zbliżał się w ich kierunku. Kobieta powoli odwróciła głowę. Jej postać zakrył zupełnie cień rzucany przez potwora.
To koniec.
Gdy brunatne, zakończone długimi pazurami łapsko miażdżyło jej kruche ciało, dziewczynka padła na kolana. Po chwili spod łapy wypłynęła cienka strużka krwi. Deliora zionął ogniem w ich stronę i ruszył dalej, by pozbawiać życia kolejne niewinne istoty.
Zrozpaczony rozejrzał się wokoło. Ogień opanował zaułek. Nie mogli już przeskoczyć przez mur, bo po drugiej stronie czekał ich równie okropny los. Skrzynie zaczynały się zapadać. Dziewczynka krzyknęła i poleciała w dół. Chwycił ją, próbując podciągnąć do góry, choć sam miał już mało czasu. Dym palił mu nozdrza. Z trudnością nabierał powietrza.
Powieki zaczęły go piec i niewiele był już w stanie dojrzeć.
- Trzymaj się! Muszę... dotrzymać... obietnicy!
Krzyczała. Wiedział, co się z nią dzieje i czuł się lepiej ze świadomością, że nie może tego zobaczyć. Jej wrzask doprowadził go do łez. Na nic się zdały błagalne prośby o pomoc. Był za słaby. Trzymał ją wciąż za rękę, ale czuł, że nie da rady jej podciągnąć, że już jej nie uratuje.
Z trudem otworzył jedno oko. Bezwładne, martwe ciało zwisało w powietrzu pożerane przez czerwono-złote płomienie. Ze łzami w oczach puścił jej rękę i spoglądał jak spada. Poczucie winy zżerało go od środka. Był za mały, za słaby, zbyt zmęczony.
Ale mógł się bardziej postarać...
Płomienie lizały jego stopy. Ból był nie do zniesienia. Po drugiej stronie muru czekał go taki sam nędzny los. Ale postanowił jeszcze spróbować. Wskoczył wprost w ramiona ognistego nieprzyjaciela. Udało się. Był dotkliwie poparzony, ale żył. Biegł ile sił w nogach wiedząc jedynie, że nie może spojrzeć za siebie. Do jego uszu dochodziły te wszystkie wołania o pomoc, odgłos zapadających się domów i wyrywanych drzew, wrzask Deliory... Musiał za wszelką cenę wydostać się z miasta... Nagle potknął się o czyjąś siną rękę, uderzając przy tym głową o kupkę gruzu.

☆☆☆

W powietrzu unosił się okropny zapach, a robaczki świętojańskie, tańczące bez celu pośród nocy, zdawały się nie wiedzieć, co je przygnało na te pustkowie. Powoli otworzył oczy.
- Ja... żyję?
Podniósł się z ziemi. Poparzone nogi wyglądały okropnie i sprawiały mu ból, ale uparcie szedł dalej. Potrzeba wydostania się z miasta wygrała ze zmęczeniem. Nagle dotarło do niego, że jest sam. Zupełnie sam. Rozejrzał się dookoła. Deliora też zniknął. Nikt się nie podnosił, nikt już nie wzywał pomocy. Chciał wrócić do tamtego zaułku, ale bał się tego, co mógł tam zobaczyć. Złapał się za serce. To przecież jego wina, że jest sam. Gdyby był silniejszy, to przynajmniej ona byłaby teraz tutaj.
Podniósł głowę. Granatowym sklepieniem rządziły jasne, rozżarzone punkty. Migotały do niego przyjaźnie, jakby nic wielkiego się nie stało. Zacisnął mocno pięści, paznokcie powbijały się w jego dłoń. Był smutny i wściekły jednocześnie. Uczucia wzbierały w nim długo, aż w końcu musiały znaleźć ujście.
- NIE! - wrzasnął przeciągle, kierując twarz w górę. Wrzask ciężko zranionego zwierzęcia nie dawał się stłumić, nieprzerwanie wyrywał się na zewnątrz.
Po chwili padł nieprzytomny, a jego nieruchome ciało przykrył cień gigantycznych czarnych skrzydeł...

Wiem, że akcja dzieje się trochę za szybko i może jest tam kilka błędów, ale profesjonalistą nie jestem, więc proszę o wybaczenie. Miłego czytania.
Pozdrawiam.

Nawigacja

N/A Saga Gilgamesza N/A
N/A Rozdziały N/A
1| 2| 3 | 4 | 5 | 6
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA o ile nie wspomniano inaczej.